wtorek, 16 listopada 2021

KOSTKA

 Nikt tu nie czeka na Starszego Walusiów. Bo kto by tam czekał na bratobójcę. I kto by dał radę wytrwać w czekaniu, kiedy nawet dom łamie się i kruszy, a haczyki i zasuwki, które miały chronić przed obcym i złym, zwisają bezsilnie, zardzewiałe i pogięte.

Walusiowa była mistrzynią czekania. Dożyła pięknego wieku. I samo życie Walusiowej też mogłoby być piękne, w jej zielonym raju, pośród lasów i łąk, gdzie pola były urodzajne, zwierzęta dorodne, obejście zadbane, a Starszy Syn niepijący, troskliwy i pracowity jak mało który.

Modląc się - trochę do Boga, a trochę do Syna, żeby już wrócił z tego Śląska. Może trochę domyślała się, a trochę przeczuwała, że ten, który nie odszedł, nigdy nie powróci.

Jak jednak mógł wrócić ten, który nigdy nie odszedł.


Walusiowa dożyła pięknego wieku, a kiedy umarła - w śródleśnej kolonii nie było już drugiej zamieszkałej chałupy i nikogo, kto mógłby ją wyprowadzić pod kapliczkę na rozstaje. Podobno za trumną szedł tylko ksiądz i syn - Starszy Walusiów, więc nie było też nikogo, kto mógłby się dziwić i pomstować, że wyrodny Młodszy nawet na pogrzeb nie przyjechał ze Śląska, skąd przysłał tylko jeden krótki list, w którym zawiadamiał, że nigdy nie powróci.

Szybka jest wybita i strzępy firanki falują łagodnie na wietrze, jakby je unosił od środka czyjś oddech albo dłoń. Wiem, że mogłabym bezkarnie ominąć kapliczkę, obejść studnię i zajrzeć przez okno do chałupy - Walusiowa umarła, Młodszy Walusiów nigdy nie powróci, a Starszy gnije w kryminale.

I chociaż jest jedynym żyjącym mieszkańcem tego miejsca - to jego obecność wyczuwam i boję się, jakbym miała spotkać ducha. Wyobrażam sobie jak siedzi skurczony, w żałobnym stroju, w pustej izbie, która nagle zrobiła się obszerna i zbędna - skubie chleb wprost z bochenka i je ruchami dziecka, które się pociesza. I nagle widzę go odmienionego, w chwili spowiedzi: siedzi prosto, naprzeciwko posterunkowego, z rozchylonymi udami i pomiętą czapką w dłoni.  Mówi cicho i powoli o tym jak zabił brata i utopił w gnojówce przy wielkim kamieniu, a smak prawdy jest świeży i słodki jak owoc, który nabrzmiewał i dojrzewał przez lata, i czekał tylko na starą Walusiową, żeby wymienić się z nią miejscem na ziemi.

Nikt tu nie czeka na Starszego Walusiów, bo komu by się chciało wytrwać w czekaniu, skoro nawet dom łamie się i kruszy, a haczyki i zapadki, które miały chronić i zachować - teraz są pordzewiałe i pogięte. Kto mógłby go przyjąć z całą prawdą spowiedzi, skoro nawet ten, który tkwi nad głową jak latarnia, jak wywiadowczy satelita  i nie pozwala się ukryć - i tak nigdy nie odkrywa wszystkiego.

 

 

SUCHA GAŁĄŹ

Wiem, że tak musi być. Wiem też, że to wszystko minie - brzuch przestanie boleć, kiedy tylko uda mi się wygrzebać spod pierzyny, zsunąć nogi na podłogę, wybiec do ogródka i wysikać się w bzach. Trzeba tylko wytrzymać minutę, może pięć, może nawet pół godziny, aż milicja skończy swoją pracę  i czarna Wołga zniknie z podwórza. Dorośli nareszcie wrócą do domu, napalą w kuchni, czajnik z wodą nasuną na fajerkę, przy herbacie i chlebie ze smalcem raz jeszcze opowiedzą sobie tę okropną Śmierć.

 Rysio nie żyje. Wybiegł z domu, kiedy wszyscy zajęci byli przy młockarni, pogonił konie i wkręcił się w kierat. Ciotka Teresa próbowała ratować syna i maszyna zmiażdżyła jej prawą rękę. Karetka już jest, zaraz zabierze ciotkę do szpitala. Nikt nie przypuszcza, że to jeszcze nie koniec, że na nic się zdadzą szpitale i chirurdzy, operacje, gipsy i przeszczepy. Odłamek śmierci uczepił się jej rany i już nie odpuści: Ręka nigdy się nie zrośnie, skurczy się tylko i ściemnieje, bezsilna i bezużyteczna, uciążliwa niczym sucha gałąź.

Znam Śmierć z okrutnych opowieści. Czuję się oszukana: przecież miała gdzieś zniknąć, przepaść razem z wojną, czarną ospą i krwawą dyzenterią.Teraz już wiem, że ona wciąż tu jest, że krąży blisko. Wyobrażam sobie, jak sunie nad podłogą, omiata stół, kredens, powoli płynie między krzesłami. Potrafię sobie wyobrazić, że spuszczam nogi z łóżka, a ona podąża za mną krok w krok, może nawet otwiera drzwi, po rodzicielsku chwyta mnie pod pachami i przenosi przez próg.

Jakieś ciało podobne do trochę do Rysia, a trochę do dużej, zwichrowanej lalki, leży w wysprzątanej izbie, w białej trumience, ubrane w ciemny garnitur. Kłębek waty wypełnia oczodół. Ciotka Teresa jęczy cicho. Chce umrzeć, jednak Śmierć już poszła sobie, zatrzaskując jej drzwi przed nosem. Kobiety się modlą, śpiewają, słońce zagląda przez czystą szybę w oknie. Nie ma się czego bać. A jednak zamykam oczy.


 

 








 


Kiedy ciotki kręcą nosami i zaczynają psioczyć na przeklęte męskie opilstwo - trzymam stronę mężczyzn. Wiem także, że jeszcze kieliszeczek, jeszcze jeden toast, a zgromadzeni przypomną sobie o mnie.

- Gdzie się podziewasz? Podejdź do nas, powiedz wierszyk, albo zaśpiewaj piosenkę - mówi ulubiony wujek.

Wdrapuję się na krzesło. W ciszy, która zapada przy stole słyszę, że z moim głosem nie wszystko jest w porządku - kuzynki ze strony mamy śpiewają i recytują jakoś inaczej - soczyściej, perliściej. Niemniej wujkowie z zapałem biją brawo, a uznanie dla moich talentów wydaje mi się szczere. Ciotki są mniej wylewne. Za mało podlane - jak żartują mężczyźni. Lubię ich powściągliwość.

Już jestem wolna, mogę wyjść na zewnątrz, w noc. Bryła szkoły jeszcze pachnie świeżym wapnem i cementem. Po ledwie zaznaczonych ścieżkach beztrosko spaceruje robactwo, a za toaletę służy niski budynek z wahadłowymi drzwiami i szeregiem dziur w cementowej posadzce.

 Cienie na ścianach na przemian maleją i rosną, niespokojne, niecierpliwe, znajome i obce zarazem, niczym tłumek czekający przed spółdzielnią na chleb.


W przyjaznym, opiekuńczym świetle lampy naftowej, stryjowie ochoczo gromadzili się za stołem. Zazwyczaj dużo jedli, pili, śpiewali sprośne piosenki, opowiadali świńskie żarty i zasypywali ciotki uszczypliwościami, które te miały odbierać jako komplementy. Prosili dzieci o piosenki i wierszyki, po czym z zapałem bili brawo, a ich uznanie dla naszych talentów wydawało nam się szczere. Ciotki były mniej wylewne, zapewne dlatego, że niewiele piły. Jednak cukier z ciast i tortów robił swoje i - w miarę postępu kolacji - coraz częściej i one wybuchały gromkim śmiechem. Późnym wieczorem, kiedy żołądki były już przepełnione, a naczynia w połowie puste, w sercach biesiadników lęgła się odwaga, a w głowach głupie pomysły. Zaczynało się pukanie do drzwi sąsiadów i sąsiadek (młodych nauczycieli i nauczycielek), wyciąganie ich łóżek, polewanie wodą, częstowanie "karniakami", bieganie w piżamach po ciemnych, szkolnych korytarzach, krzyki, komiczne występy i ogólna wesołość. Nie zawsze wszystko kończyło się dobrze. Pewnego razu latający pantofelek trafił szpilką w dwójkę Mamy. Następnego dnia szkolny korytarz został starannie oczyszczony z krwi, odnaleziony ząb trafił do szkatułki z guzikami, a w niedalekiej przyszłości w ustach Mamy pojawił się mostek, który się tam przyjął, zadomowił i pozostał z nią do końca.

Nikt nie zwracał uwagi na dzieci, trudno się temu dziwić, skoro nie sięgały pasa, zajmowały się zjeżdżaniem po schodach na tyłku, albo bawiły w jakiejś ciemnej klasie w trupa i Sherlocka Holmesa. Kiedy przychodziło ostateczne zmęczenie, ciotki zabierały się za sprzątanie, dzieci padały do swoich łóżek, a wujkowie zasiadali do okrągłego stołu, na którym pojawiały się karty do gry, wyciągane na tę okoliczność z jakiegoś tajnego, niezgłębionego zakamarka.Kiedyś, po kilku latach, przewracając szmaty w szafie w poszukiwaniu czystych majtek, znalazłam ten zakamarek i odkryłam z niemałą emocją, że w ukrywanej przed dziecięcym wzrokiem talii, zamiast zwykłych dam, znajdowały się gołe baby. Jedna z tych bab ustawiona była w pozie, która już na zawsze splątała mi się z dorosłością, kobiecym seksapilem, wyuzdaniem i nad wyraz intymną sromotą. Cokolwiek to słowo znaczy. Przez pewien czas trenowałam tę sromotę w podrapanym lusterku, służącym Ojcu do golenia,

Zamiłowanie do brydża okazało się niezwykle zaraźliwe i rozpleniło się w naszej rodzinie do tego stopnia, że przy okazji różnych spotkań, trzy pokolenia grywały równolegle na trzech stołach i jednym tapczanie. Pewnego dnia wszystko się skończyło. Zmarł Ojciec i od tamtej pory - o ile wiem - nikt z nas nie rozegrał ani jednej partii.

 


 

TAKIE KWIATKI

 Ruiny huty należą do mnie. Kiedy tylko chcę, mogę tu przyjść z blaszaną łyżką, z dziecięcym szpadelkiem, albo z wyciągniętą z pola motyką i grzebać do woli w zwałach piasku przemieszanych z odpryskami szła. Jerek i Stasiek kiedyś złamali tu gerlacha, dostali w dupę i od tej pory grzebią patykami. 

Zazdrościmy naszym matkom, która przychodziły tutaj jeszcze "za niemca". W ich opowieściach nadal się zapalają iskierki niebieskich kwiatków, zatopionych w cieniutkich ściankach szklanek, kieliszków, salaterek. My - dzieci gomułkowskiej odwilży - z rozdrapanych kopców ziemi wyciągamy nędzne pozostałości dawnych skarbów: strącone uszka filiżanek, obite denka, pęknięte nóżki, bezkształtne bryły surowego szkła.

Pewnego dnia Jerek wypowiada życzenie i wykopuje ze zwałowiska nie uszkodzoną buteleczkę. Myje ją w strudze, poleruje, pieczołowicie wyciera. Kiedyś ją zgubi, a ja ją znajdę w zielsku na rowie, w miejscu, gdzie grywamy ze Staśkiem w pikuty. Teraz odchodzi, a ja powoli tracę wiarę i - o dziwo - właśnie wtedy znajduję swój skarb: pięć niebieskich płatków i dwa zielone listki, zatopione w cienkim szkle. Mienią się w palcach, kiedy je oglądam w przykurzonym świetle, od którego bolą oczy. 

Nie wiem, czy ktoś poza mną coś zauważa, bo wieś pulsuje swoim rytmem, nikt nie patrzy w moją stronę, o nic nie pyta, nie zatrzymuje się na poboczu. Nie szkodzi. Siadam nad strugą, ślinię szklany kwiatek i przyklejam do dłoni. Będę go ślinić i wgniatać w rękę, aż mi wrośnie w skórę, wniknie w ciało, podsiąknie krwią, stanie się częścią mnie. Czekam. 

Niewiele widać przez ten kurz, tylko struga połyskuje jak woda w korycie. Jest błoto, czarna kura, która fruwa nad płotem, nasza Łajka, pęto zgubione przez krowę. I tylko niebieskiego kwiatka nie ma na mojej dłoni. Przeczesuję trawę, podnoszę z dna kamyk po kamyku, ale mój skarb nie daje się odnaleźć. 

I tak się zgubił kawałek dziewczynki.

 

Ruiny huty należą do nas. Każde z nas, jeżeli tylko chce, może przyjść z blaszaną łyżką, dziecięcym szpadelkiem, albo motyką wyciągniętą z pola motyką i grzebać do woli w zwałach piasku przemieszanych z odpryskami szła. Zazdrościmy naszym matkom, które przychodziły tutaj jeszcze "za niemca". W ich opowieściach wciąż się zapalają iskierki niebieskich kwiatków, zatopionych w cieniutkich ściankach szklanek, kieliszków, salaterek. My - dzieci gomułkowskiej odwilży - z rozdrapanych kopców ziemi wyciągamy nędzne pozostałości dawnych skarbów: strącone uszka, pęknięte nóżki, obite denka, bezkształtne bryły surowego szkła. Kruszą się w palcach, kiedy je oglądamy w przykurzonym świetle dni.


Ruiny huty należały do nas. Każdy, kto tylko chciał, mógł przyjść z blaszaną łyżką, albo dziecięcym szpadelkiem i grzebać do woli w zwałach piasku przemieszanych z odpryskami szła. Zazdrościliśmy naszym matkom, które przychodziły tutaj jeszcze "za niemca". W ich wykopaliskach zapalały się podobno iskierki niebieskich kwiatków, zatopionych w ściankach cieniutkich szklanek, kieliszków, salaterek.

W opowieściach naszych matek, które przychodziły tu jeszcze "za niemca",  zapalały się czasami niebieskie iskierki kwiatków, zatopionych w cieniutkich szklankach, kieliszkach, salaterkach. My - dzieci gomułkowskiej odwilży - z rozdrapanych kopców ziemi wyciągaliśmy nędzne resztki dawnych skarbów: strącone uszka, pęknięte nóżki, obite denka, bezkształtne bryły surowego szkła.  W pamięci mojej mamy wyrył się cień tamtego obcego mężczyzny, który pojawił się w ruinach niespodziewanie, jak duch.

odpryski

-Podobno umiesz czytać? - zapytał.

Mama wzięła do rąk kartkę papieru. "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i wy, moi ukochani rodzice, mój ojcze i matko i mała Halinko. Trzymają nas w okopach, dają jedzenie, ale zabraniają wychodzić i rozmawiać. Niemców jeszcze nie było. Czekamy na rozkazy."

 

Ruiny huty należały do nas. Każdy,
kto tylko chciał, mógł przyjść
z blaszaną łyżką, albo dziecięcym szpadelkiem
i grzebać w piasku, przemieszanym z odpryskami
szkła. My - dzieci powojennej odwilży - z rozdrapanych resztek wyciągaliśmy namiastki dawnych skarbów: strącone uszka, pęknięte nóżki, obite denka, bezkształtne bryły surowego szkła. Z opowieści naszych matek, które przychodziły tu jeszcze "za niemca",  sypały się jeszcze iskierki zachwytu nad delikatną urodą niebieskich kwiatków, zatopionych w cieniutkich szklankach, kieliszkach, salaterkach. W pamięci mojej mamy wyrył się cień tamtego obcego mężczyzny, który pojawił się w ruinach niespodziewanie, jak duch.

-Podobno umiesz czytać? - zapytał.

Mama wzięła do rąk kartkę papieru. "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i wy, moi ukochani rodzice, mój ojcze i matko i mała Halinko. Trzymają nas w okopach, zabraniają chodzić i rozmawiać. Niemców jeszcze nie widziałem. Czekamy na rozkazy."

 

-Przynieś mi osiem jajek - mówiła mama i wkładała mi do rąk dwie torby po cukrze, albo po mące tortowej. Zadanie było proste: włożyć do każdej torby po cztery jajka i wrócić do domu szybko i szczęśliwie. 

W tamtych siermiężnych czasach jajek nie przynosiło się z lodówki, z Biedry, z Żabki, ani innych temu podobnych miejsc. Po jajka chodziło się do kur. A kury w tamtych czasach były olbrzymie, tłuste i majestatyczne; mogłyby bronić swoich jaj, dziobać i drapać - ale nie chciały. Pozwalały się wyciągać z gniazd, nosić pod pachą, tulić w ramionach, głaskać, całować. Kwoktały do ucha cichutko i słodko jak kot. Sprawy z kogutami miały się inaczej. Na widok koguta rzucało się kurę i uciekało gdzie pieprz rośnie: w krzak bzu, za kamień, za studnię, do parnika.

Niekiedy misja kończyła się sukcesem. Niestety, istniało też kilka alternatywnych wersji mojego powrotu. Wersja pierwsza radosna: przybycie z godzinnym opóźnieniem, w błotnych skarpetkach na stopach, z kwiatkami we włosach i kolorowymi szkiełkami w kieszeniach. Wersja druga bolesna:  jajecznica w torbach, strupy na kolanach, wycie w trzewiach, zielone gluty pod nosem.


Oba produkty spożywcze zużywały nam się w ilościach hurtowych. Zwłaszcza cukier. Po wojennej sacharynie cukier to było coś,  Cukier przez duże "ce", nie taki szkodliwy badziew jak teraz, co to wywołuje cukrzycę, nadwagę i implanty zębowe. Tamten cukier krzepił, wzmacniał kości, dawał siłę i zdrowie. Cukier dla człowieka był jak owies dla konia. W naszej spółdzielni występował w nieprzebranych ilościach, pod postacią szarych, płóciennych worków, w których pani Stasia, czyli nasza sklepowa, zanurzała - na życzenie klienta - blaszaną szufelkę. Każdy dzieciak we wsi chciałby mieć taką szufelkę i worek białych kryształków do zabawy. Lubiłam chodzić do spółdzielni po ten cukier. Przysiadałam sobie w rogu, na skrzynce po oranżadzie, nastawiałam antenki i wyłapywałam fale. Stawałam się niewidzialna. Pomieszczenie było małe, ciemne, zadymione, obstawione z dwóch stron sklepowymi ladami. Pod trzecią ścianą, na drewnianej ławce, przesiadywało miejscowe chłopstwo. Na ladach stała waga i lampka do prześwietlania jajek. Wagę każdy lekceważył - wiadomo było, że jest źle wytarowana i często się myli, oczywiście w jedną stronę. Natomiast lampka budziła respekt - prześwietlała nie tylko jajka ale i ludzkie sumienia. Bo ludzie, gdyby tak ich nie pilnować, od razu by spróbowali wysłać w świat jakiegoś zbuka. A jakby tak, taka dla przykładu, paniusia warszawianka chciała w piątek usmażyć mężowi jajko sadzone go kartofli. I co w Warszawie robić z takim śmierdzącym obiadem? Ani świniaka, żeby go tym skarmić. Ani kawałka pola, żeby sobie chyłkiem polecieć i raz-dwa nakopać świeżych kartofli.

Dobre jajko było piękne: przejrzyste i jasne. Zbuk był mglisty i czarny, jakby się w nim lęgło samo zło. Baby jak to baby - bożyły się, że przecież jajka mają dobre, prosto spod kury, rano zbierane. Chłopi preferowali temat własnych jajek, zalet kogutów i macania kur. Ryczeli przy tym jak zarzynane wieprze, kasłali i pluli przez zęby, dopóki się taka baba nie speszyła, nie wymieniła świeżych jajek na torebkę cukru, stosik zapałek albo kostkę margaryny, a czasem i na paczkę sportów dla tego swojego durnego chłopa. Zaczynała się spieszyć, żeby zalęgnięte na czarno zbuki jak najszybciej z powrotem podłożyć pod kwokę. Czasami wylęgały się z nich żółte kurczaki, czasami czerwone albo czarne. A kto by ten drobiazg w całości policzył.

I tak sobie siedziałam w tej ciasnej, zadymionej spółdzielni, a skrzynka po oranżadzie wbijała mi się w tyłek.

za świeże inkasowały sumę przewidzianą przez plan, natomiast zalęgnięte zbuki zabierały do domu i z powrotem podkładały pod kwokę. Czasami wylęgały się z nich kurczaki, czasami nie - a kto by ten drobiazg w całości policzył.

Dla przesiadujących tam chłopów i bab

W tamtych czasach cukier krzepił, wzmacniał kości, dawał siłę i zdrowie.

Łatwo było powiedzieć: osiem jajek.

 

Przeczucie nieodwracalności. Moja pierwsza śmierć.

Daj krowie wody, przynieś wody, nalej wody do koryta





 




C


 

Studnie były różne. Lubiłam płytkie, takie jak ta na księżowskim polu. Wystarczyła kulka z gwoździem, blaszane wiadro

Wystarczyło nachylić się nad cembrowiną, wsunąć w cembrowinę kulkę z przytroczonym i już można było całymi wiadrami czerpać wodę. Ze studnią ciotki Jóźki sprawa miała się zgoła inaczej. Zdarzały się jednak studnie głębokie, z wieloma betonowymi kręgami, przebijającymi skorupę podwórza.

 




 


 

 

 

Wiadro z wodą. Coś wam to mówi, młodociane robaczki, dopiero co wylęgnięte z jaj? Nie obślizgły kubełek, rdzewiejący pod rynną w upał i suszę, omszona manifestacja nadziei na deszcz. Wiadro wypełnione po brzegi zimną wodą, taką co to zdrowia doda - jeżeli wierzyć płóciennej makatce, haftowanej niebieskim kordonkiem, pranej od święta lub wielkiego dzwonu. Błękitny przekaz płynący ze ściany, kłócił się z przepowiednią płynącą z ust dorosłych.
- Nie baw się wodą, bo się zsikasz w łóżko - ostrzegała babcia. Lekceważyłam to czarne, babcine krakanie. W majtki sikały głupie oseski. Pięcioletnie, duże i najmądrzejsze w świecie panny wodne bez trudu trafiały do nocnika. Lecz póty pęcherz siuśki nosi, póki się dziecku nie przyśni sikanie. Może kojarzycie taki sen: wędruje człowiek wąską ścieżką, aż tu znienacka, na poboczu, wyrasta nadzwyczaj dyskretny krzaczek łopianu. Obudziłam się na mokrym sienniku, cała mokra. Obok snem kamiennym spała siostra Lidzia. Plan był prosty: wymienić się z Lidzią miejscem w łóżku i majtkami.

Zrozumie mnie tylko ktoś, kto kiedykolwiek próbował przenieść zwłoki.

 

W każdym domu, tuż za progiem, Woda musiała być zawsze świeża i czysta. Nasza - niestety - nie zawsze taka była.

Zarzucano mnie masą sprzecznych poleceń.Namocz mnie - wołały fasolki

Woda musi być czysta - pouczała babcia.

Nie wolno się bawić w wiadrze z wodą - przykazywała mama.

Sprawdź czy umiem pływać - kusił pet z popielniczki.


- Coś pływa na dnie - mówiła Mama - a skąd to się tam wzięło - dopytywała się Babcia, a wszyscy nieodmiennie spoglądali to wgłąb, to w moją stronę, jak gdyby nagle zobaczyli ropuchę albo królewnę.
Zazwyczaj były to drobiazgi: pet po sporcie, który odbył ukradkową podróż z popielniczki zwanej skorupą, tylko po to, aby przez chwilę pobujać się na fali; garstka fasolek w czarne kropki, które topiły się chętnie, jedna po drugiej, kołysały się przy tym i zmieniały kształty. Czerwona cegła spadała na dno wiadra z rozbryzgiem i brzękiem, jak kamień. Gdyby tylko pozwolono jej się moczyć przez dzień lub dwa, świat stałby się bogatszy o zbiornik ceglanej farby, w której dało by się ufarbować brzydkie białe rajstopki, tamtą brzydką niedzielną sukienkę, która od dawna cisnęła pod pachami, albo nawet makatkę z nieładnym niebieskim haftem, głoszącą perfidne kłamstwo, że zimna woda zdrowia doda. Brrrr...
Do czerpania zimnej wody służyła drewniana tyczka z gwoździem, zwana kulką. Dorośli operowali kulką po mistrzowsku. Dzieci nie miały prawa zbliżać się do studni. A jednak pamiętam tamten słoneczny dzień i tamto migotanie, kiedy próbowałam dostrzec pod powierzchnią wody zatopione wiadro. Świat otworzył przede mną pierwszą stronę elementarza i objawił pierwsze prawo grawitacji, a może
-Ciało zanurzone w studni spada na dno - oświadczył. I szepnął do ucha: - nie zwracam swoich ofiar.
Porządnie mnie wystraszył, ale po krótkim zamieszaniu wybaczył mi i nawet wszystko naprawił. Do kąta za drzwiami powróciło wiadro z wodą, nawet jakby piękniejsze, lśniące i czyste; wrzucałam tam swoje groszki i kamyki, i nabierałam wprawy w czytaniu na wodzie. Tymczasem świat też się uczył ludzkich rytuałów i z upływem czasu nabierał doświadczenia. A kiedy Kryśka Ziomkowa wpadła do studni - już nie pozwolił jej wrócić.

Jadźka Ziomkówna została sama z ojcem. Jakieś to takie blade było, wymoknięte. Kobiety jej nie zazdrościły - a która by tam chciała siedzieć z takim piskorzem. Bo Ziomek był obślizgły, gapił się na babskie tyłki, kto tam wie, co mu chodziło po głowie. Przyglądały jej się czasem i kiwały głowami.

To też ludzi dziwiło - ojciec sam z córką, pod jednym dachem. Chłopi przesiadywali na schodkach pod spółdzielnią i czasem zaczepiali tę Jadźkę, jak wracała sama z teczką ze szkoły.  i - niby to żartem - pytali, czy jej ciepło z ojcem pod pierzyną.

 




 Wyciągało się takie wiadro na dwór, zaczepiało pałąkiem o o gwóźdź wbity w tyczkę, zwaną kulką, a następnie zanurzyć w czeluść

 

Nazywam się Kostka. Właściwie mam na imię Konstancja, ale to prawdziwe, ciągnące się w nieskończoność, w jakieś czarne odmęty imię ma się nijak do niepozornej, ale hardej nosicielki, jaką się czułam kiedyś i nadal czuję. Zapamiętałam je zaplątane w swoisty performance: kłęby ziemniaczanego zapachu, buchające z otwartych drzwi sieni, w których stanęła rozpalona do czerwoności babcia oraz następujące po chwili pospieszne szuranie miotły na podwórzu. Babcia rozgarniała na boki resztki wczorajszej paszy dla kur: wilgotne plewy, zdębiałe, poszarzałe i cuchnące kwasem gotowane obierki, okraszone skromnie jęczmienną śrutą.

- Konstancja! - wołała - Konstancja, chodź tutaj, pomożesz mi nakarmić kurki!

Tego dnia nie w głowie mi było karmienie drobiu świeżym ziarnem, ani tym bardziej karmienie oczu babci swoim wizerunkiem ładnej i grzecznej dziewczynki, doskonale wpasowanej w przypisane mi miejsce i czas. Musiało być lato. Pasemka jasnych włosków łaskotały mnie w szyję i policzki. Lekki wiatr szarpał i podwijał moją spraną kretonową sukienkę. Miałam swoje ciało i to mi się podobało. Zapragnęłam być naga, wyzwolić się z ucisku wszelkiego ubrania, zdjąć buty, sukienkę, majtki, a potem przejść się dostojnie wzdłuż ogrodzenia, przeparadować bezwstydnie na oczach wszystkich śledzących i oceniających oczu. A oczy były wszędzie: oglądały mnie z góry, z boku, widziały moje plecy, bacznie śledziły dłonie, stopy, miejsca intymne, prześwietlały myśli.

- Bóg wszytko widzi! - ostrzegała Babcia, ale ja się tym nie przejmowałam. Jego oko tkwiło wysoko, pod samym sufitem, uwięzione za szybką świętego obrazka, powieszonego nad łóżkiem w zimnym pokoju, w którym nikt chyba nigdy nie mieszkał.

 

TO NIE DO CZYTANIA, TU JESZCZE BEDE PISAĆ (MOŻE)

Właściwie to usiadłam tutaj, żeby napisać o kołchoźniku - to było takie radio na kablu, które nie wymagało podłączenia do gniazdka. Takie gomułkowskie perpetuum mobile: nie tylko istniało, ale też grało i dość skutecznie prało mózg. Może kiedyś.




 Była bez wątpienia osobą niezwykle empatyczną, do dziś za taką ją uważam.

Coś niepokojącego stało się z czasem, zauważalnie drgnął i zrzucił z siebie czapkę niewidkę.

Nie, nigdy nie marzyłam, że latam. Chciałam pływać. Ropucha z bajki pływała na wielkim, szerokim liściu. Świat pachniał trzciną i tatarakiem, na dłoniach siadały fioletowe ważki, a niewinne komary spijały rosę z liści. Mogłabym stać się taką ropuchą, gdybym znalazła odpowiedni liść. Ale nie miałam liścia: łopiany wplątywały się we włosy, a do denderewa nie wolno było się zbliżać nawet na krok. Nie wąchać, nie dotykać. W kącie podwórza stała balia, aluminiowa, z dziurą zatkaną drewnianym kołkiem. Czy zdajesz sobie sprawę, czytelniku, jak ciężka była taka balia? Jak trudno ją było przeciągnąć przez łąkę, przez kocie łby szosy i dwa rowy? Wysoki brzeg sadzawki obrastały nieprzystępne chabazie, zaś niski wypełniało błoto, idealne do produkcji dziecięcych skarpetek.

Wonny świat ropuchy zatonął z chlupotem.

Tego dnia nieświadomie zostałam ekologiem. Prawdziwego liścia nie da się zastąpić. 

Balia stała na swoim zwyczajnym miejscu pod płotem. Nie po raz pierwszy zrozumiałam, że istnieją na tym świecie rzeczy, które się filozofom nie śniły.

 

O Ciotce Cichej mówiono szeptem. A o chłopcu z UPA, który na koniec, po tym wszystkim co się stało, próbował poderżnąć jej gardło, ale tylko uszkodził krtań – nie mówił nikt. Sama mi o nim powiedziała, tak zwyczajnie, szeptem. To było wtedy, kiedy przyniosłam dziesięć jajek wykradzionych z kurnika, a ona pokazała jak się robi lody.

Niewiele pamiętam z tamtej opowieści – była w niej zima, noc, śmierć i strach. O wiele lepiej pamiętam letni dzień, upał, górę lodu pod słomą w stodole, rytmiczne potrząsanie bańką i najcudowniejszy ze wszystkich smak lodowej kulki.

Ciotka Cicha zmarła pierwsza, ale Ślepy Wujo nie ociągał się za długo. Kuzyn, który odziedziczył dom już pierwszej nocy zaprószył ogień i spłonął w ich małżeńskim łóżku.

Patrzę na ruiny i pamiętam gdzie jest była sień, kuchnia, drzwi. Chciałabym tam wejść, jak kiedyś, bez pukania. Ale tyle śniegu napadało i taki mróz.

 



I dopiszę jeszcze, że „Obwód głowy" Włodzimierza Nowaka nie dostał dzisiaj Nike.

I dupa Jasiu.

Niestety, pociągi do Warszawy były tak przepełnione, że bezradni konduktorzy udostępniali podróżnym wagony pocztowe, pozbawione wygodnych schodków i przez to trudno dostępne. Stryjowie podsadzali Ciotki, szczypiąc je przy okazji po tyłkach, potem sami się podciągali - byli w końcu młodzi, szczupli i silni. Trenowali przecież od dziecka z użyciem wideł, pługów, cepów i temu podobnych przyrządów gimnastycznych. Kłopotów przysparzał pewien przyszywany wujek, który miewał poważne problemy z nogami. Były krótkie i kaczkowate, ale główną przeszkodę stanowiła ich miękkość i marna koordynacja. Były to dolegliwości nabyte, albowiem, chociaż ów wujek odwiedzał nas najrzadziej, za to żegnał się z nami ze szczególnym żalem i nigdy nie umiał się z nami rozstać bez "rozchodniaka". Podsadzał go Ojciec, podsadzał konduktor i jeszcze jakiś kolejarz, któremu w wysiłku spadła czapka, przyszywana ciotka załamywała ręce, a efekt był podobny jak z tą rzepką, która rosła jędrna i krzepka. Do czasu, rzecz jasna, do czasu. C.d.n. (może)

Podnosiło to ludzi na duchu i na ciele

Nikt nie miał na to chęci, a siły były również mocno nadwątlone.

 Jego odporność na skutki uboczne leku malała z każdą przyjętą dawką.

Amerykanie zrzucali stonkę. 

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FB *6 TRZY WINA

SKARPETA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA Pamiętam maturę i uroczystą przysięgę: Nigdy więcej! Od dzisiaj żadnych dat, żadnych królów, bitew i wojen! Jeżel...