niedziela, 18 grudnia 2022

FB *6 TRZY WINA

SKARPETA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA

Pamiętam maturę i uroczystą przysięgę: Nigdy więcej! Od dzisiaj żadnych dat, żadnych królów, bitew i wojen! Jeżeli historia, to "Egipcjanin Sinuhe", "Rzeźnia Numer Pięć" lub coś w tym rodzaju. I bym nie sięgnęła po prezentowaną dzisiaj lekturę, bo to historyczna książka-cegła, duża i pękata od archiwalnych faktów i dat, przy tym napisana przez zdeklarowanego, wierzącego w Boga chrześcijanina, gdyby mi jej nie przyniósł Święty Mikołaj. Ale przyniósł i sięgnęłam.

Tekst książki dowodzi wielu ciekawych tez, na przykład takiej, że katolicyzm nie mógłby się rozrosnąć, gdyby nie upadek kultury antycznej i zanik umiejętności czytania Biblii, bo kiedy słowo zostaje zastąpione przez obrzędowość, otwierają się okienka dla kontroli i przemocy. Książka dowodzi również, że katolicyzm by nie przetrwał, gdyby władcy nie zaprosili do swoich państw kościelnej Inkwizycji.

  Katolicyzm jest religią wymarzoną do tworzenia "sojuszy tronu z ołtarzem", gdyż jej ideą jest krzewienie  posłuszeństwa jako cnoty najwyższej; bronią zaś - umiejętność budowania lęku przed karą za brak posłuszeństwa. Posłuszeństwo i straszenie wiecznym potępieniem. Znamy to, znamy, nie tylko z religii, kto czytał Biblię, ten wie najlepiej. Tyle że w tym miejscu związki katolicyzmu ze Świętą Księgą znacząco się rozluźniają.

Dla takiego laika jak ja, Inkwizycja - to palone na stosach, ku uciesze gawiedzi, dziewczyny z ludu, oskarżone o czary. Tymczasem Święty Urząd nie interesował się plebsem.Niższe warstwy społeczne miały obowiązek uczestniczyć czynnie w obrzędach i sakramentach, ale w dni powszednie, między pańszczyzną a dziesięciną, mogły sobie wierzyć, w co chciały. Starzy bogowie, duchy nieczyste, strzygi i inne pogańskie zjawy mogły miotać nimi bezkarnie po kątach ich kurnych chat. 

Ale gdy komuś z możnych tamtego świata zdarzyło się zapomnieć i zjeść w piątek boczek z cebulą? Auć! Niewierny miał już "z górki": więzienie, konfiskata mienia, autodafe (publiczne wyznanie win) wypędzenie, niekiedy stos. Dominikanie, czyli Psy Pana, czyli Inkwizytorzy, mieli doskonały węch i wyćwiczoną umiejętność tropienia bezbożników. I dużo miejsca, za murami klasztorów, na gromadzenie odebranych heretykom dóbr. 

Po co Inkwizytorom tyle majątku, tyle ziemi, złota, sreber i łyżek z brylantami? A po co współczesnym biskupom takie wystawne, kipiące od złota pałace? 

W odpowiedzi przepiszę kilka danych z książki: "Kosztorys autodafe, które odbyło się 29 marca 1655 roku w Kordobie: Na krzesła, poduszki i baldachimy dla "panów inkwizytorów" wydano 273 326 maravedii, za pozłocenie ich lasek zapłacono 100 606. Drzewo potrzebne do spalenia heretyków kupiono za 1 020 maravedii." Pomyślałam sobie, że tkacze baldachimów i złotnicy od lasek poczynili tego dnia poważny krok na drodze do herezji. Wszak niejeden możny biskup, czy nieostrożny Inkwizytor, już przetarli ten szlak.

Autor dowodzi, że Inkwizycja upadła, gdy skończyli się bogacze, których można było nawracać. Ponadto wracała umiejętność czytania. A wraz z Guttenbergiem i jego drukiem, przyszło największe zagrożenie dla Kościoła Katolickiego: na czarnym rynku pojawiła się Biblia.

Książka jest gruba, wątków ma wiele. Dołączam zdjęcie okładki i strony, z której pochodzi cytat. Lektura zajęła mi tydzień. Życzę Państwu powodzenia.


 Pozostanę przy wątku ekonomicznym (z ekonomii zawsze byłam równie mocna, jak z historii).


 

Autor dowodzi, że Inkwizycja zaczęła upadać, gdy skończyli się możni ze s

 

Albo do czego mogą doprowadzić sojusze tronu z ołtarzem.

Inkwizycja kwitła, dopóki byli dostępni 



 

 

NATRĘCTWA

mogłabym zostać badaczką mumii
bezszelestnie krążyć z cieniutką pęsetą
odchylać suche włókna doczesne szczątki
nieśmiertelnych którzy wprawdzie
wyglądają jak martwi jednak
nie obracają się w proch.
mogłabym
badać jak żyli co budowali
czy kogoś płodzili kiedy tracili oddech
i umierali - tylko na jakiś czas

myślę o mumiach obserwując muchę
która natrętnie obija się o mnie
to może być ta sama która przez jakiś czas
bez oznak życia leżała obok cukru na półce
jednak mając tylko starzejące się śmiertelne ciało
niczego nie można być pewnym

 

 

Mogłabym zostać badaczką mumii. Krążyć bezszelestnie z cieniutką pęsetą, odchylać suche włókna, prześwietlać doczesne szczątki nieśmiertelnych. Odkrywać jak żyli, co jedli, pili, co budowali, kogo płodzili, kiedy tracili oddech, zapadali w śpiączkę. Potem umierali - tylko na jakiś czas. Teraz wprawdzie wyglądają jak martwi, ale nie obracają się w proch.
Myślę o mumiach obserwując muchę, która, bzycząc, natrętnie obija się o mnie. To może być ta sama, która przez jakiś czas, bez jakichkolwiek oznak życia, leżała obok cukru na półce. Jednak mając tylko starzejące się, śmiertelne ciało, niczego nie można być pewnym.

IDEOLOGIA. Z TROSKI

Jest niedziela. Mogłabym zapomnieć, że to dzień świąteczny, gdybym nie wyjrzała przez okno. Widzę parking pod kościołem, wypełniony po brzegi wypastowanymi limuzynami wiernych. To nie jest miejsce analogiczne do zapchanego parkingu pod supermarketem. To mała wieś, gdzie wszyscy się znają i od czasu do czasu dostaję czytelny sygnał, że moja nieobecność w tym miejscu i czasie nie pozostaje niezauważona.

Ręka mi się wyciąga do półki z książkami. Gniecie mnie, żeby coś napisać o "Ideologii" Jarockiej. Znane mi recenzje nie dotykają jądra tego, co mi się urodziło w trakcie czytania. Niestety, pożyczyłam książkę siostrze, więc trudno, będę pisać z pamięci. Najwyżej coś pokręcę, sorry.

Co mam w pamięci? Zacznę od tego, co zwyczajne. To grupa trzech osób w średnim wieku, żyjąca "po bożemu": mąż, żona i opiekunka społeczna. Ich życie zagarnęła wszechobecna opresja: tradycja, patriarchat, odgrywanie narzuconych ról społecznych. W efekcie popadli w czarną dziurę, odrętwienie, marazm, chorobę. Nawet troska, którą sobie okazują, zdaje się być niczym więcej, jak realizacją wizji siebie jako miłosiernego Samarytanina.  Dużo tu opresyjnego uprzedmiotowienia, narzucania siebie, odpłaty, wzajemnego świadczenia sobie usług. Próżno szukać tu empatii czy prób zrozumienia, za to widać jak na dłoni bezużyteczność dobrych uczynków w drodze do przemiany życia na bardziej szczęśliwe. Egzystencja w zawężonej przez opresję, zakrzywionej perspektywie, nieuchronnie spycha bohaterów do jednoosobowego świata, w którym jedyne, co ich spotyka, to egocentryczna samotność.

Bohaterka nie chce takiej wegetacji, marzy o otwarciu dziury w brzuchu, za którą znajduje się szczęście. I chyba jej się to w końcu udaje, przynajmniej częściowo, bo skąd by się nagle wzięła ta trójka młodych ludzi, którzy mają przed sobą tylko jeden cel: Życie. 

Nie ma w nich ani grama troski, ani o przyszłość, ani o zaspokojenie elementarnych potrzeb. Nie oznacza to, że żyją w ascezie, że się głodzą, chłodzą i chodzą w łachmanach - wręcz przeciwnie: jedzą, piją, palą, kochają i uprawiają miłość. Świat nie jest dla nich łaskawy, próbuje ich pojmać, przechwycić, ale oni potrafią się wymykać na swoją łąkę z dębem, położoną gdzieś poza miejscem i czasem, gdzie dzieją się rzeczy sprzeczne z moim zdrowym rozsądkiem i doświadczeniem. Znaleźli przejście, a tym, co legitymuje ich pobyt w owym szczęśliwym miejscu, jest beztroska. Niespecjalnie przejmują się przyszłością, nie przywiązują też wielkiej wagi do swoich potrzeb. Jest w ich postawach afirmacja świata, także tego innego, z którego udaje im się czasami wyrywać. Jest zgoda na to, na co nie mają wpływu. Bycie ze sobą sprawia im radość, nawet w obliczu niepowodzeń i przeciwności, jakie niesie los, a ich zatroskanie o innych nie jest zakamuflowaną formą troski o siebie. W konsekwencji nie biorą na barki największego ciężaru: chęci kontroli nad tym, co ich spotyka, bądź może spotkać w przyszłości. Wobec braku potrzeby podporządkowania sobie świata - nie doświadczają frustracji oraz poczucia zagrożenia.

Może to głupio zabrzmi, ale w książce Jarockiej natknęłam się na coś świętego. Owo "coś" nie ma żadnego związku z tym, co w tej chwili rozgrywa się pod moim oknem: z parkingiem pod kościołem, wypełnionym po brzegi wypastowanymi limuzynami wiernych. Mam w związku z tym kilka pytań: Co to za otwór w brzuchu, przez który tak trudno jest się przecisnąć? Czyżby ucho igielne? Co to za piękne, wypełnione szczęściem i miłością miejsce, które każdy z nas ma w sobie, otwarte dla każdego, ale dostępne dla nielicznych; nie wymagające żadnych aktów religijnych, ani etycznych, a jedynie beztroski? Królestwo Boże? O czym, o kim Ty, Jarocka, piszesz? O Jezusie?

 

Nie dajmy sobie wyrwać opłatka z rąk! - apeluje abp Jędraszewski ze sceny Opery Krakowskiej, być może wystarczająco akustycznej dla ideologii chwalebnej ofiary na polu walki za Kościół i jego wierne Sługi.

Słowo "ofiara" nie wymknęło mi się przypadkowo. Na stronie internetowej naszej parafii znajduję ogłoszenie następującej treści: "Poświęcone Opłatki na stół wigilijny, można jeszcze nabyć w zakrystii w kwocie min. 20zł, która jest ofiarą na utrzymanie Organisty i Kościelnego w naszej parafii". Nie znam organisty, być może cienko przędzie, podobnie jak inni mieszkańcy naszej rozległej i rzekomo bogatej parafii. Jednak kościelny - pod względem biznesowym - chyba nie najgorzej sobie radzi. Niedawno montował mi rolety. Zdziwiłam się, nie wiedziałam, że to on jest tą lokalną firmą, w której złożyłam zamówienie. Usługa została wykonana profesjonalnie, rolety są O.K.

Nie mam dzisiaj za grosz czasu, mam uzasadnioną wątpliwość co do akustyki tego bloga, ale mnie korci, żeby wciągnąć przez łeb jakąś kieckę, najlepiej złotą a nie-skromną, przedrzeć się jakimś cudem na swoją prywatną scenę i wygłosić nieco odmienne przesłanie: Nie dajmy sobie wyrwać dwóch dych z portfela! 

A Iwonka zamówiła nam na święta trzy wina. No i git.

wino kobiety i śpiew.

 Pewien satrapa rodem z Peerelu
chciał zostać bardem. By być bliżej celu
zaśpiewał: Dziewczyno,
smakujesz jak wino!
I wypił do dna... „Czar Pegeeru".

 

 Ścieżki są puste, drzewa ciche. Jak daleko są ptaki, które odlatują, bo nie potrafią żywić się okruchami.

Oglądam ślady i wiem, że jest nas więcej nad wezbraną rzeką – ja, wąsaty jaszczur i kilka saren, które musiały ukryć się w pobliżu, bo pobiegły w stronę, gdzie zarośla się kończą, a dalej może być tylko obwodnica i świat, za którym nie gonią.

 

Walusiowa dożyła pięknego wieku, a kiedy umarła - w śródleśnej kolonii nie było już drugiej zamieszkałej chałupy i nikogo, kto mógłby ją wyprowadzić pod kapliczkę na rozstaje. Podobno za trumną szedł tylko ksiądz i syn - Starszy Walusiów, więc nie było też nikogo, kto mógłby się dziwić i pomstować, że wyrodny Młodszy nawet na pogrzeb nie przyjechał ze Śląska, skąd przysłał tylko jeden krótki list, w którym zawiadamiał, że nigdy nie powróci.

Szybka jest wybita i strzępy firanki falują łagodnie na wietrze, jakby je unosił od środka czyjś oddech albo dłoń. Wiem, że mogłabym bezkarnie ominąć kapliczkę, obejść studnię i zajrzeć przez okno do chałupy - Walusiowa umarła, Młodszy Walusiów nigdy nie powróci, a Starszy gnije w kryminale.

I chociaż jest jedynym żyjącym mieszkańcem tego miejsca - to jego obecność wyczuwam i boję się, jakbym miała spotkać ducha. Wyobrażam sobie jak siedzi skurczony, w żałobnym stroju, w pustej izbie, która nagle zrobiła się obszerna i zbędna - skubie chleb wprost z bochenka i je ruchami dziecka, które się pociesza. I nagle widzę go odmienionego, w chwili spowiedzi: siedzi prosto, naprzeciwko posterunkowego, z rozchylonymi udami i pomiętą czapką w dłoni.  Mówi cicho i powoli o tym jak zabił brata i utopił w gnojówce przy wielkim kamieniu, a smak prawdy jest świeży i słodki jak owoc, który nabrzmiewał i dojrzewał przez lata, i czekał tylko na starą Walusiową, żeby wymienić się z nią miejscem na ziemi.

Nikt tu nie czeka na Starszego Walusiów, bo komu by się chciało wytrwać w czekaniu, skoro nawet dom łamie się i kruszy, a haczyki i zapadki, które miały chronić i zachować - teraz są pordzewiałe i pogięte. Kto mógłby go przyjąć z całą prawdą spowiedzi, skoro nawet ten, który tkwi nad głową jak latarnia, jak wywiadowczy satelita  i nie pozwala się ukryć - i tak nigdy nie odkrywa wszystkiego.

 

 W przerwie między lekcjami a Radą Pedagogiczną)

Nie możesz im powiedzieć wszystkiego, co wiesz o miłości, w każdej linijce poświęconej miłości. Usuń się w cień, a wtedy oni poczują to, co ty czujesz, ponieważ czuli to zawsze. Nie możesz ich niczego nauczyć. Nie jesteś od nich piękniejszy. Ani mądrzejszy. Nie krzycz na nich. Nie wpychaj się na sucho. To jest błąd w sztuce miłości. Jeśli już pokazałeś zarys swoich narządów, dotrzymaj obietnicy. I pamiętaj, że ludzie nie potrzebują w łóżku akrobaty. Czego nam trzeba? Chcemy zbliżyć się do naturalnego mężczyzny, chcemy się zbliżyć do naturalnej kobiety. Nie udawaj uwielbianego pieśniarza z liczną rzeszą zwolenników, podążających za nim przez wzloty i upadki jego życia aż do tej chwili. Jesteś wśród ludzi. Więc bądź skromny. Wymawiaj słowa, podawaj dane, usuń się w cień. Bądź sobą.

To jest wewnętrzny pejzaż. To jest wewnątrz. Intymne. Szanuj intymność materiału.

 

 

Przyjechał piaszczystą, wyboistą drogą, którą odeszła artyleria, a za nią sezonowi robotnicy, którzy już nie mieli tu czego szukać po tym, jak pociski zrównały z ziemią hutę szkła księcia Golicyna. Podobno wśród ruin można było znaleźć szklane naczynia, ozdobione kwiatami i odporne na stłuczenie. Podobno kurz i pył były wszędzie - nad lasem, gdzie kopano torf do pieców, nad wydmami, skąd czerpano piasek, nad dachami porzuconych baraków i służbówek.

Janek przyjechał z grupą robotników drogowych, do ludzi i domów otwartych na ich przybycie. Z pewnością wydawał się kimś ważnym - zwracano się do niego „inżynierze".  Nigdy nie walczył na wojnie, więc mógł wydawać się też czysty, nie pobrudzony. A Józia była piękna, bujna, rozśpiewana, rozmodlona i skazana na wieczną samotność pośród pospolitych chłopskich synów.

Podobno spotkali się już pierwszego dnia, na majówce. Mogę sobie wyobrazić jak strumień kobiecych głosów spływa spod kapliczki, dźwięcznie toczy się po zboczach wydm i odbija się echem od hałd żużlu. Pamiętam piękny, chóralny śpiew Józi, Babci i pozostałych sióstr.

Janek nie śpiewał,  pamiętam, był cichy. A jednak w tamtych czasach zdołał kierować budową i pełnić nadzór nad grupą samotnych, trunkujących, mężczyzn.

Przemiana hałdy żużlu w czarną, pylistą drogę trwała kilka miesięcy. Robotnicy odeszli, ale Janek został, kupił gospodarstwo, poślubił Józię, został ojcem kilku synów i córek, żył długo i cicho, jakby w cieniu, aż w końcu umarł - jak wszyscy.

I to już koniec zwyczajnej historii i pewnie bym jej nie opisywała, gdyby nie to, co dzieje się z drogą Janka. Żużlowy pył, który kiedyś przy byle podmuchu wiatru wciskał się do płuc, brudził stopy, buty i końskie kopyta - gdzieś zniknął. Ale droga istnieje - jest twarda, gładka i odporna na wyboje. I lśni w słońcu miriadami dawniej niewidocznych, a teraz odkrytych, kolorowych, szklanych bryłek, na które miejscowi nie zwracają uwagi, bo pola i łąki w tej okolicy zawsze były pełne szkła.

 

 "cudzy mężczyźni śnią o obcych kobietach / cudze kobiety śnią o mężczyznach" - Dzie Wuszka.

ULOTKA



Kobieta ze snu snu nie wie o tym, że istnieje
tylko hipotetycznie. Z niebytu wyciąga kartkę, którą
zawsze nosi przy sobie, a tylko od czasu do czasu
przekłada z kieszeni do kieszeni. Papier
jest szary, jak worek po cemencie, okropnie
wyświechtany i zabazgrany dziecięcymi kulfonami.
Rachunek - głosi tytuł. Niżej lista
grzechów. Spisywanych przez lata,
gęsto, drobnym maczkiem, grzech obok grzechu,
a wszystkie ciężkie: nie uwierzyłam,
nie zaufałam, pożądałam, chciałam
kraść, cudzołożyć, chciałabym zabić. Mogłabym
przeczytać wszystko, do samego końca,
gdyby tylko zechciała niżej się pochylić, trochę mocniej
ugiąć plecy. Kobieta ze snu nie może
wiedzieć, że to, co zatrzymuje oddech, co
wprawia serce w popłoch, to tylko zły
sen. Gdyby mogła wybierać, wybrałaby jawę,
ale to jawa wybiera ją. O piątej Belinda puka w drzwi.
Przechadza się po sypialni, omija zimny jeszcze grzejnik,
wskakuje nam do łóżka i drze pazurami tę śliczną, zieloną
pościel, drukowaną w mech. Muszę wstać.
W kieszeni szlafroka znajduję wyświechtaną kartkę papieru.
To ulotka z naszego wiejskiego supermarketu
- spłowiała obietnica tanich świąt.


Kobieta z mojego snu nie wie o tym, że istnieje tylko hipotetycznie. Z niebytu wyciąga kartkę, którą zawsze nosi przy sobie i tylko od czasu do czasu przekłada z kieszeni do kieszeni. Papier jest szary, jak worek po cemencie, okropnie wyświechtany i zabazgrany trudnym do odczytania pismem. Rachunek - głosi tytuł. Niżej lista grzechów. Spisywana przez lata, gęsto, drobnym maczkiem, grzech obok grzechu, a wszystkie ciężkie. Nie uwierzyłam, nie zaufałam, pożądałam, chciałam kraść, cudzołożyć, chciałam zabić. Mogłaby przeczytać wszystko, do samego końca, gdyby tylko zechciała niżej się pochylić, trochę mocniej ugiąć plecy. Kobieta nie wie, że to, co zatrzymuje oddech i wprawia serce w popłoch, to tylko zły sen. Gdyby mogła wybierać, wybrałaby jawę, ale to jawa wybiera ją. O piątej Belinda puka w drzwi. Przechadza się po sypialni, omija zimny jeszcze grzejnik, wskakuje nam do łóżka i drze pazurami tę śliczną, zieloną pościel, drukowaną w mech. Muszę wstać. W kieszeni szlafroka znajduję wyświechtaną kartkę papieru. To ulotka z naszego wiejskiego supermarketu - zszarzała obietnica tanich świąt.





To zły sen, zatrzymujący oddech i wprawiający serce w popłoch.  musi wybrać ją. O piątej słyszę jak Belinda puka w drzwi.

Wsuwa rękę do kieszeni szlafroka, i wyjmuje poszarzałą kartkę papieru: ulotkę z wiejskiego supermarketu, obietnicę tanich zakupów.

 

Chciałabym móc napisać, że wybieram jawę, ale to ona mnie wybiera, kiedy o piątej nad ranem Belinda  puka w drzwi. Przechadza się po sypialni, omija zimny jeszcze grzejnik, wskakuje nam do łóżka i drze pazurami tę śliczną, zieloną pościel, drukowaną w mech.

 

udeptuje mi brzuch, masochistycznie ociera się wąsami o wysuniętą spod kołdry dłoń. Po chwili odwraca się ogonem i trzęsie mi nim przed nosem jak wkurzony skunks.

FB *6 TRZY WINA

SKARPETA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA Pamiętam maturę i uroczystą przysięgę: Nigdy więcej! Od dzisiaj żadnych dat, żadnych królów, bitew i wojen! Jeżel...